KLUB MORSKI » REJSY » THE TALL SHIPS RACES 2009 » RELACJA » SZCZEGÓŁY
Do Petersburga dopłynęliśmy w sobotę późnym popołudniem. Wejściówka do miasta robi niezłe wrażenie. Zbliżając się do Petersburga, pierwsze co ukazuje się oczom to dziesiątki dźwigów, mnóstwo zabudowań przemysłowych i obskurnych blokowisk. Panorama zmienia się drastycznie po wpłynięciu do centralnej części miasta, która stanowi kontrast tego co na zewnątrz. Budynki, mosty, bulwary, wszystko jest bardzo monumentalne, duże i okazałe. Aż przyjemnie się tam wpływało. Jednakże procedury wizowe, które miały być proste, w rzeczywistości okazały się mniej proste. Wpływając do portu, musieliśmy się meldować do 15 minut, że płyniemy. Potem czekaliśmy na małą motorówkę z pilotem, który miał nam pokazać nasze miejsce w marinie. Jak się można domyślić, na pilota musieliśmy trochę poczekać, bo typ korzystając z tego, że dali mu motorówkę, woził po porcie swoją pannę i trochę mu zajęło zanim do nas podjechał. Jak się już pojawił zaprowadził nas do tymczasowego punktu uproszczonej odprawy celnej dla żeglarzy, który okazał się zamknięty i musieliśmy wypłynąć z mariny i wrócić do normalnego punktu celnego. Byliśmy źli, bowiem czas mijał, a my musieliśmy dostarczyć dokumenty łódki do punktu dowodzenia regat wraz z oficjalnym meldunkiem zakończenia wyścigu. Spóźnienie skutkowałoby karą czasową. Odprawa poszła o dziwo nie najgorzej, głównie za sprawą znajomości języka rosyjskiego, bez czego wszystko trwa 3 razy dłużej. Po odprawie ponownie weszliśmy do marinki, zatankowaliśmy się w opór, bowiem Rosjanie dali nam talony na paliwko (jak się potem okazało, jedyne czego było pod dostatkiem). Dostaliśmy także gratis kartę sim z możliwością dzwonienia na lokalne numery bez limitu. Dzięki temu mieliśmy ciągły kontakt z naszym ‘rosyjskim łącznikiem’, tj. chłopakiem oddelegowanym do opieki nad naszą jednostką. Każda załoga miała swojego opiekuna, co było naprawdę super, bo bez lokalnych łączników byłoby dużo ciężej wszystko załatwiać. Nasz niestety okazał się nadgorliwy i siedział nam na łódce w opór, że ciężko go było wywalić, żeby mieć trochę spokoju, ale cóż. Bywa.
Jak już dopełniliśmy wszystkich formalności, zajęliśmy się robieniem rekonesansu i obczajaniem co jest gdzie. Dostaliśmy mapki z ważniejszymi punktami żeglarskimi, jak prysznice itd., więc poszliśmy zwiedzać. Zdziwiło nas trochę np. że scena, z pompą nazwana główną, czy wielką, była w sumie dość małą i prawie całkowicie zasłaniały ją kible. Węzeł sanitarny też szału nie robił, chociaż wielu z nas miało pierwszą i niepowtarzalną okazję załatwić potrzebę w autobusie miejskim, bowiem Ruscy na szybko przerobili ichniejsze autobusy na latryny. Wyglądało to tak, jakby wziąć taki czerwono-żółty warszawski autobus , przyciemnić mu szyby i zamontować rurę od spodu. Ciekawa była również wysokość montażu sedesu w męskiej toalecie, bowiem człowiek o przeciętnym wzroście 170-180 cm, który usiadł na sedesie, nie dosięgał nogami podłogi. Dziwne uczucie dla nieprzyzwyczajonych. Chyba chłopaki przykręcali to na szybko i im się przesunęło albo ktoś się nie chciał schylać za bardzo. Co do pryszniców, to pierwszego dnia mieliśmy letnią wodę, co okazało się wyjątkiem potwierdzającym regułę, że potem zawsze była tylko zimna. Jednak generalnie bardzo nam się podobało, mimo że ominęły nas gry sportowe i inne atrakcje przewidziane dla załóg, które się nie spóźniły.