11.07.09 14.07.09

12.07.09

Penetrujemy miasto - 2 dni w Petersburgu

Następne dwa dni postoju w Rosji, tj. niedzielę i poniedziałek, przeznaczyliśmy na zwiedzanie i hulanki. Większość ludzi wybrała się na wycieczkę do Ermitażu, największego muzeum w Rosji, wielkości paryskiego Luwru. Przewodnicy z dumą pokazywali eksponaty radzieckiej kultury, jednak dla tych co się bardziej przyjrzeli, to muzeum stanowi raczej dowód, że ruscy kradli przez wieki. Można tam bowiem znaleźć eksponaty typu złota papierośnica z wygrawerowanym napisem ‘Poniatowskiemu Radziwiłł”. Takich kwiatków jest tam mnóstwo. Przewodnik spytany o to odparł, że Rosjanie to wszystko kupili. My pomyśleliśmy sobie jednak, że ten rosyjski handel odbywał się na podobnej zasadzie jak to Rosjanie handlowali z Polską w ostatnich wiekach, tj. „my kupimy od was zboże, a w zamian dorzucicie nam statek”. No ale trzeba im przyznać, że duże to muzeum mają. Udało nam się pozwiedzać jeszcze sporo innych rzeczy m.in. dzięki zorganizowanym wycieczkom autobusem i tramwajem wodnym, na które uczestnicy regat mogli jechać za darmo. Ci co nigdy nie byli w Rosji bardzo się dziwili widząc niektóre rzeczy. Docenili m.in. humanitarność naszych policjantów, którzy leją gumowymi pałkami, podczas gdy ruscy leją metalowymi. Dodatkowo tych ruskich mundurowych były na ulicach całe zastępy. Po części wynikało to pewnie z tego, że na paradzie załóg pojawił się sam Putin, który przemawiał do zgromadzonych żeglarzy. Mimo, że nie za bardzo mogliśmy zrozumieć co mówił po rusku, to bez wątpienia da się powiedzieć, że dobrze mówił i ciężko by się z nim nie zgodzić. Kolejną ciekawą obserwacją był również totalny brak koszy na śmieci na ulicach, a jak już się jakiś znalazł, to był zasypany górą śmieci. Interesujące jest też to, że tam na każdym rogu, moście czy pomoście jest mnóstwo dziewczyn pozujących do zdjęć. To niemalże mania, bo każda panna chciałaby być modelką i foty są cykane w tysiącach. Nad Newą było także sporo wędkarzy. Nie wiem czy coś im się udawało złapać, ale jeśli tak i jeśliby zjedli to co może w Newie pływać, to na bank by potem świecili w nocy od napromieniowania, bo woda w Newie w okolicach portu nie była najczystsza.

Mieliśmy także okazję skoczyć na imprezę dla załóg zorganizowaną na plaży na wyspie przed fortecą. Zapowiadało się mega fajnie, ale w rzeczywistości impreza okazała się biedna. Jedyne serwowane na ciepło jedzenie to były parówki i kiełbasy z grila, które chyba nigdy koło mięsa nie leżały, a pochodziły raczej z okolic papierni, bo czasem smakowały jak papier, zupełnie jakby tam wmielili trochę celulozy. Doceniliśmy wtedy Gdynię, która zaserwowała normalne ciepłe dania, super mięsa, ryby, sałatki. Wszystkiego w opór. A u Ruskich nawet nie było stolików, żeby zjeść na siedząco. Po chwili jednak przekonaliśmy się, że Rosjanie to jednak są przebiegli. Nie było chleba, więc dostarczyli żeglarzom igrzysk i wkrótce na scenkę wparowały skąpo ubrane tancerki Gogo, które miały zrekompensować żeglarzom braki w cateringu.

Paweł Kowalczyk

2009 Grzegorz Gach | Designed by: Karolina Mostek