21.07.09 24.07.09

23.07.09

Przygody w Turku

Czwartkowy poranek był porankiem, który niestety nam lekko umknął, bowiem wstaliśmy dość późno, jednak zagęszczając ruchy szybko zaczęliśmy nadrabiać czas. Sukcesem dnia było to, że udało nam się wbić na Jana na wycieczkę do stoczni, która buduje największe wycieczkowce świata. Na wycieczkę oczywiście nie było miejsc, bo do portu przed nami dopłynęły żaglowce, które hurtem zabukowały wszystkie miejsca, ale my idąc w miejsce zbiórki ładowaliśmy się do odjeżdżających autokarów tłumacząc łamaną angielszczyzną z rosyjskim akcentem, że ‘we go tour’, ‘ we from ship’. Pani machnęła ręką i miejsca się znalazły. Warto było, bo stocznia dawała radę. Co prawda nie mogliśmy sobie tam za bardzo pochodzić, a całe zwiedzanie odbyło się z okien autobusu, ale i tak było warto. Widzieliśmy budowę 2 aktualnie najdłuższych i największych liniowców, które niedługo będą pływać po Karaibach. Te statki są lepiej wyposażone niż niektóre miasta. Jest tam wszystkiego w opór. Po prostu kosa. Po wycieczce, zmęczeni zwiedzaniem, poszliśmy na piwo do pobliskiego ogródka piwnego. Niestety okazało się, że są tylko 2 miejsca siedzące, a nas jest 4, więc chcieliśmy kulturalnie usiąść sobie na schodku przy bulwarze, gdzie siedzieli inni młodzi ludzie i także pili sobie piwo. Jednak zaraz wyskoczył na nas właściciel i zaczął krzyczeć, że nie możemy wyjść z piwem za linię knajpy i że musimy je wypić wewnątrz na stojąco. Aż się nam wierzyć nie chciało, bo ten buc traktował nas jako klientów jak zło konieczne. Po dłuższej, niemiłej dyskusji dowiedzieliśmy się, że tam alkohol kupiony w lokalu trzeba wypić w lokalu, a jak się kupi w sklepie to można nawet wóde legalnie łoić na trawie albo na ulicy i nie ma żadnego problemu. Dziwny kraj. Powiedzieliśmy miłemu panu, że więcej nie przyjdziemy do jego knajpy, ale będziemy kupować piwko w sklepie i pić je kulturalnie na murku przed jego knajpą. Oczywiście tego nie zrobiliśmy, ale knajpę bojkotowaliśmy konsekwentnie do końca. Reszta czwartkowego dnia upłynęła dość leniwie na zajęciach w podgrupach. Staraliśmy się też śmigać trochę na necie, który działał tak jakby chciał a nie mógł. Tragedia, a podobno Finlandia to taki rozwinięty kraj. Wieczorkiem natomiast poszliśmy na przebieraną imprezę na Sharkiego, czyli zaprzyjaźnioną jednostkę pływającą. Impreza była zacna, na łódkę wbiło tyle osób, że aż osiadła na kilu. Gospodarze częstowali sangrią, która obok wina to najwyżej kiedyś stała w supermarkecie, ale impreza się kręciła. Stanowiliśmy niezłą atrakcję dla ludności autochtonicznej, bowiem niektórzy byli przebrani fachowo, a nawet lepiej. Była służba medyczna, nurkowie, śmietnikowcy, Zeus i wielu, wielu innych cudaków. Każdy z kubkiem nieznanej zawartości i śpiewający w niebogłosy. Imprezka kręciła się dobrze do momentu kiedy pojawili się koledzy ubrani na żółto (przestaliśmy lubić ten kolor). Była to służba porządkowa, która najwidoczniej nie miała co robić i chcieli poczuć się potrzebni. Na początku przyczepili się do typa przebranego za nurka, bo myśleli, że będzie nurkował w porcie. Potem zaczęli pacyfikować całą bibkę tłumacząc, że nie można śpiewać. Gitarzyście nie pozwolili grać, bo ponoć trzeba mieć licencję na granie. Tragedia. Niemalże człowieka z własnej łódki chcieli wygonić. Do tego zwinęli jedynego typa, który mówił po fińsku i był po naszej stronie. Zostaliśmy więc spacyfikowani, ale nie do końca, bo przegrupowaliśmy się i kontynuowaliśmy balet w mniejszych skupiskach, tak że trudno im było to ogarnąć.

Pawel Kowalczyk

2009 Grzegorz Gach | Designed by: Karolina Mostek