KLUB MORSKI » REJSY » THE TALL SHIPS RACES 2009 » RELACJA » SZCZEGÓŁY
W piątek mieliśmy grać w mini soccera, ale z powodu deszczu turniej został odwołany, a przynajmniej tak twierdziła nasza łączniczka, która przyszła jak co rano z ogłoszeniami. Tak na marginesie to było to strasznie denerwujące, bo ta panna przychodziła zawsze co rano i w ciągu dnia, żeby nas zabierać na wszystkie elementy oficjalne, zupełnie jak byśmy nie mogli sobie sami przejść tych 100 metrów i ewentualnie spóźnić się 3 minuty. Ale wracając do turnieju piłkarskiego to potem jednak okazało się, że jednak miał on miejsce i że wygrali go ruscy. Doszliśmy do wniosku, że to jakaś ustawka była na zasadzie konkursu audio Tele, tj. ‘słuchajcie telewidzowie, dzwońcie, bo do wygrania jest super auto, ale niestety już nim jeździ córka prezesa’. Trochę szkoda, bo akurat mieliśmy szansę chłopaków w gałę ograć, ale przynajmniej sobie poszliśmy na dłużej do sauny, bo z uwagi na deszcz znaleźliśmy niewiele lepszych opcji spędzania czasu. Potem było crew parade, czyli tradycyjny przemarsz ulicami miasta. Tym razem w wersji sztormowej. Ilość widzów na kolana nie powalała. Raz czasem stała jakaś grupka na przystanku autobusowym, pojedyncze osoby z parasolami i kilku widzów w oknach. Ale żeglarzom to nie przeszkadzało, darli się i trąbili jak zawsze. Następnie była część oficjalna z przywitaniem itd. Niestety z powodu deszczu mało załóg zostało. My przyjęliśmy pośrednią taktykę, bowiem wycofaliśmy się do ogródka piwnego pod daszek i obserwowaliśmy scenę z oddali. Tego dnia nie robiliśmy nic ciekawego, tylko wyczekiwaliśmy na crew party, które nas nieco rozczarowało, bo Finowie słabo się postarali. Poczęstunek pozostawiał wiele do życzenia. Piwka też lali malutkie i to w dodatku trzeba było się przez barierki przedzierać, żeby je dostać, bowiem cały teren został podzielony na strefy, żeby odgradzać nieletnich. Cyrk na kółkach. Nastawiali tyle bramek i ochroniarzy, że to się w pale nie mieści. W wielu żeglarzach budziło to agresję, czemu nie można się w sumie dziwić, bo wielu ludzi nie lubi jak się ich barierkami ogradza. Dodatkowym czynnikiem stresogennym było to, że nie można było wziąć 2 piw na raz, bo nie. Odpadała więc opcja wzięcia piwa dla kolegi albo jednego na zapas, bo 0,3 l szybko się kończy. Tak więc wszyscy się denerwowali i tłoczyli na deszczu (bowiem cały czas padało, a organizatorzy słabo zadbali o namioty, których było za mało i za małe). Potem jednak zaczął się koncert, który był bardzo fajny i od razu poprawiły się humory. Impreza skończyła się o 24, ludzie zaczęli skandować, żeby DJ zagrał jeszcze jedną piosenką, ale odpowiedź była typowo fińska, nie bo nie. Skoro DJ nie chciał grać, to ludzie zaczęli sami śpiewać, na co szybko zareagowały służby żółte i wydaliły nas spod namiotu, bo impreza się skończyła i nie możemy już śpiewać. Przenieśliśmy się więc na keję, gdzie kontynuowaliśmy balet.
Dzień sobotni wyglądał podobnie. Spędziliśmy go na portowych rozrywkach, a wieczorem uderzyliśmy na balet na miasto. Jak na fińskie standardy, było bardzo zacnie, a ostatni załoganci ściągnęli na łódkę następnego dnia rano.