24.07.09

26.07.09

Drugi wyscig z Turku do Klajpedy

W niedzielę mieliśmy wyruszyć z Turku, żeby wydostać się na morze na linię startu. Tak też się stało. Około południa wypływaliśmy już z ostatniego fińskiego portu na naszej trasie. Ewakuacja poszła nam bardzo sprawnie.

Wyścig rozpoczął się w poniedziałek i zaczął się dobrze. Wystartowaliśmy fachowo i od razu byliśmy najbardziej na nawietrznej i cięliśmy ostro na wiatr. Lecieliśmy prosto na południe z prędkością ok. 5-6 węzłów. Po 6 godzinach było pierwsze meldowanie pozycji. Niedługo potem doszły do nas informacje o lokatach. Komunikat brzmiał: Dar Natury, pierwszy w klasie, pierwszy w generalce. Morale, które i tak było wysokie, wzrosło jeszcze bardziej. Kolejne wachty sterowały z największą uwagą. Dodatkowo cały czas prowadziliśmy nasłuch na radiu, podsłuchując wszystkie możliwe prognozy pogody oraz spisując pozycję konkurentów. Łapaliśmy nawet na długich falach niemieckie radio z prognozami na Bałtyk. Opłacało się, bo kolejne meldunki były równie pozytywne. Lecieliśmy jako liderzy. Na takiej pozycji całkiem fajnie nawet wybierało się wodę z zęzy. Wiatr szału nie robił, bo raczej był słaby, ale dobre dla nas było to, że wiało w dziób i cały czas szliśmy ostro. Na tym zyskiwaliśmy. Nerwowo zrobiło się dopiero na 3 mile przed metą, kiedy nagle Neptunowi zabrakło siły dmuchać i stanęliśmy. Przez prawie 7 godzin kiwaliśmy się niemalże w miejscu. Wiedzieliśmy, że szybsze jachty już dopłynęły i że jak my się nie dotelepiemy to możemy stracić pozycję na ich rzecz. Ci którzy także byli w drodze nam raczej nie grozili, bo stali również. Część z nich nawet całkiem blisko. Atmosfera była lekko napięta, więc mało rozmawialiśmy, żeby ograniczyć szansę, że komuś wyrwie się słowo na k. Na szczęście przyszedł lekki podmuch, który był na tyle długi, że udało nam się dotelepać do mety. Potem już tylko odpaliliśmy katarynę i wycięliśmy długą do portu. Każdy był przede wszystkim zadowolony z wyniku, ale również gdzieś w tle tliła się potrzeba wzięcia prysznica po 4 dniach mycia metodą ‘shower no aqua’ za pomocą chusteczek higienicznych. Do Kłajpedy wpłynęliśmy bardzo sprawnie. Ciekawe było to, że jachty klasy C i D (czyli m.in. my) zostały ustawione w fosie która została po dawnych fortyfikacjach. Tak więc wkrótce staliśmy już na naszym miejscu w fosie. Standardowo czekała już na nas lokalna łączniczka, która wyjaśniła co, gdzie, jak. Po wymienieniu grzecznościowych małych konwersacji uderzyliśmy do sanitariatów, no i… bieda. Niestety litewskie łazienki szału nie zrobiły, szczególnie porównując do fińskich z sauną. Prysznice ograniczały się tylko do zwykłej tekturowej kabinki, w której ciekła woda bez możliwości regulacji temperatury. Nie było także żadnej umywalki, półeczki, nie wspominając o lustrze. Kibelki to zwykłe TOI TOI. Wzięliśmy więc szybki prysznic, ogoliliśmy się z lusterkami na kei lejąc się wodą z węża i wkrótce ruszyliśmy w miasto na jakiś dobrą kolację. Szybko zlokalizowaliśmy dobrą knajpę. Posiłek był fachowy. Lokalne browary także dawały radę. Pokrzepieni odnaleźliśmy sklep monopolowy i wróciliśmy na keję, żeby sobie pośpiewać przy gitarce. Po drodze spotkalismy jeszcze 2 Polakow, ktorzy obslugiwali diabelski mlyn w wesolym miasteczku, wiec w ramach nowej znajomosci mielismy wjazd za free. Pobyt na Litwie zapowiadal sie bardzo pozytywnie.

Pawel Kowalczyk

2009 Grzegorz Gach | Designed by: Karolina Mostek