KLUB MORSKI » REJSY » THE TALL SHIPS RACES 2009 » RELACJA » SZCZEGÓŁY
Priorytetem tego dnia było załatwienie certyfikatu baterii naszego epirba, tj. pławki. Dzięki mobilizacji, poświęceniu, wyrównywaniu dawnych przysług… udało się. Dostaliśmy certyfikat i pieczątkę dopuszczającą do regat. Wydrukowaliśmy także skradziony baner sponsora oraz dok serowaliśmy brakujące mapy. Uporawszy się z tymi obowiązkami, poszliśmy na pobliską plażę, gdzie odbywały się konkurencje sportowe dla żeglarzy. Uczestnicy regat mogli próbować swoich sił w przeróżnych konkurencjach, m.in. wspinaczce, przeciąganiu liny, piłkarzykach, bieganiu po plaży na nartach 4-osobowych itd. Nasze występy chyba szału nie zrobiły, bo nie przyszły do nas potem tłumy fanek, ale chyba źle też nie było, bo nikt nie gwizdał i udało się wyjść ze wszystkich zażartych konkurencji bez kontuzji. Zażywszy tygodniowej dawki sportu, zaczęliśmy przygotowania do parady załóg, tj. wielkiej defilady ulicami Gdyni, w której brały udział wszystkie ekipy żeglarskie. Atmosfera pochodu była gorąca, zarówno z uwagi na prażące słońce, jak i nastrój żeglarzy, którzy śpiewali, gwizdali, trąbili i robili wszystko co mogli, żeby dostarczyć atrakcji tłumowi gapi, którzy zgromadzili się na ulicach miasta. Pochód zakończył się na placu obok portowego basenu prezydenckiego. Niestety mowy końcowe były na maxa obciachowe, bowiem konferansjer któremu dano mikrofon nie potrafił mówić płynnie po angielski, a poziom jego żartów był co najmniej żenujący. Zaczęliśmy się zastanawiać jakich piguł się nałykał. Musiały być dobre i mocne, żeby śmiać się z tego co mówił. A on się śmiał. Być może był poetą i w jego słowach było ukryte znaczenie, ale wiele załóg tego nie rozumiało i zaczęło się rozchodzić. My także wycofaliśmy się cicho na z góry ustalone pozycje. Wieczór spędziliśmy na tzw. ‘crew party’ czyli wielkiej bibie dla załóg, która odbyła się w gigantycznym namiocie Żywca. Organizatorzy się mega postarali, bowiem żarcia nie brakowało i było naprawdę bardzo dobre, do tego stopnia, że część osób stwierdziło, że w domu ich lepiej nie karmią. Jedynym kłopotem była mega kolejka do stolików z jedzeniem, ale na szczęście udało nam się ją wyminąć manewrem oskrzydlającym. Po kilku godzinach , z powodu przewagi płci męskiej i niedostatecznej ilości ciężkich alkoholi w stosunku do ilości marynarzy, impreza zaczęła się wyludniać, jednak wieczór nie stracił na atrakcyjności. Nasza dzielna załoga poszła w teren. Jeden zuch znalazł samotnego kapitana z sąsiedniej łódki z 1 l Finlandii no i oczywiście, w ramach żeglarskiego wsparcia, pomógł uporać się z problemem. W tym samym czasie na nasz pokład zawitał gość z Polskiego Związku Żeglarskiego, więc w ramach nawiązywania znajomości w ważnej instytucji oraz normalnej polskiej gościnności, wyciągnęliśmy na stół nasze wunder waffe (bimberek cytrynowy). Nauczeni doświadczeniem bronią posługiwaliśmy się bardzo czujnie, żeby nie ponieść start w ludziach. Udało się. Członek PZŻ poległ, a nasza załoga poszła na nocny kebabik. Wracając z wypadu na jedzonko, spotkaliś my marynarza – warzywo, tj. pijanego jak bela typa leżącego na trawie i dzielnie podtrzymującego funkcje życiowe. Marynarz był już niemal całkowicie osaczony przez policję, ale w ostatniej chwili przybyła mu na odsiecz jego załoga , która ewakuowała go wózkiem z pobliskiego Tesco na okręt. To jest piękne w żeglarstwie, że załoga zawsze trzyma się razem, a tego dnia dołączyła do nas także nasza ostatnia załoganta i my również byliśmy już w komplecie.