KLUB MORSKI » REJSY » THE TALL SHIPS RACES 2009 » RELACJA » SZCZEGÓŁY
Rankiem dostaliśmy informacje potwierdzające pogorszenie pogody. Przez radio dobiegły nas informacje, że polska jednostka Pogoria wycofała się z wyścigu po tym jak połamały jej się maszty w burzy. Modliliśmy się tylko, żeby nie wycofał się Chopin, bo tam w chłodni jechało nasze mięso i byłaby niezła lipa jak byśmy je stracili. W eterze panował niezły ruch. Wszystkie jednostki wypytywały przez radio o pogodę, jak kształtują się fronty atmosferyczne, kiedy przyjdzie sztorm, jak silny, skąd itd. Kolejne jednostki zaczęły wycofywać się z regat i kierować do portów. My również zastanawialiśmy się nad schronieniem się w porcie. Zrobiliśmy krótką naradę. Kapitan spytał oficerów o zdanie czy kontynuujemy. Odpowiedzią były trzy kiwnięcia głową. Cięliśmy prosto do mety, a tym samym w środek niżu burzowego. Wiedzieliśmy już, że nie uda nam się obronić miejsca w pierwszej 10, ale nie w smak było nam nie ukończyć regat. Wiatr wzmagał się stopniowo, kolację jedliśmy przy 6 w skali Beauforta. Było jeszcze znośnie, jednak kołysało już na tyle, że każda prośba o kakałko na gorąco lub pokrojone warzywka na kanapkę były z góry odrzucane przez wachtę kambuzową stwierdzeniem: „chyba wam się w dupach poprzewracało”. Jedliśmy więc kabanosy z chlebem, ale dawało radę. W sumie nie warto było jeść frykasów, bo szansa utracenia ich z żołądka była spora.
Sztorm przyszedł ok. godz 22 stopniowo się nasilając. Wnętrze naszej łódki szybko zaczęło przypominać sajgońską chatę. Szafki, które trzymały się w zawiasach na tzw słowo honoru, szybko powypadały. Zęza zaczęła przypominać wannę. Braliśmy wodę przez zlew oraz przez wał. Dodatkowo łódka ciekała gdzie tylko mogła. Niemalże tonęliśmy. Powołana została specjalna ekipa do wybierania wody. Wywalaliśmy ok. 20 wiader na godzinę. Tej nocy niewiele osób spało, a Ci co próbowali nie mieli lekkiego zadania. Chłopaki śpiący na dziobie walili tyłkami w sufit za każdym razem jak łódka spadała z fali. Żeby trochę przykimać trzeba było się przywiązać do koi, bo inaczej nie szło się na niej utrzymać. Naszym kolejnym problemem był cieknący kibel, szczególnie na lewym halsie. W tej pogodzie mało kto był w stanie go użyć, bo usiedzieć tam przy 9 w skali Beauforta nie jest za łatwo, niemniej jednak braliśmy nim wodę. Udało się w końcu go zablokować wpychając w niego szczotką korek zrobiony z kulki owiniętej w gumową rękawiczkę. Tej nocy kilka pomysłów otarło się o nominację do nagrody nobla. Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że choroba morska wyłączyła jednego z oficerów, jednak nie było innej opcji i trzeba było płynąć. Kolejne wachty pozapinane w pasy bezpieczeństwa trzymały kurs na wiatr. Żagle były zrefowane na maxa, a i tak łódź cięła ok. 6 więzów na wiatr. Byliśmy mile zaskoczeni dzielnością jachtu, mimo że wnętrze było jedną wielką masakrą. Burza zaczęła przechodzić ok. 7 nad ranem. Żeby uczcić to, że przetrwaliśmy, zawiesiliśmy zakaz picia alko na morzu i walnęliśmy jedno piwko na 10 osób