KLUB MORSKI » REJSY » THE TALL SHIPS' RACES 2007

English

The Tall Ships' Races 2007 Mapa
GALERIA

THE TALL SHIPS' RACES 2007

ETAP I
30.06.2007 - 20.07.2007
TRASA: Polska - Dania - Finlandia

ETAP II
20.07.2007 - 08.08.2007
TRASA: Finlandia - Szwecja - Polska

Nasza podróż do Szczecina przebiegła bardzo sprawnie, zważywszy na ogrom bagażu jaki mieliśmy ze sobą. Sobotę spędziliśmy na przygotowaniach. Skupiliśmy się na zaprowiantowaniu, zaokrętowaniu załogi oraz przygotowaniu jachtu do kilku tygodniowej nieobecności w porcie macierzystym. Zakupy zajęły połowę busa. Jak zawsze małą sztuką jest rozłożenie wszystkiego na jachcie. Na szczęście ten okazał się całkiem przestronny i mądrze rozplanowany. Kolejny etap to sprawdzenie łodzi. Wszystko musi być sprawne. Wygląd gra drugorzędną rolę. Jak zawsze, w Polsce, na jachcie jest coś do zrobienia. Kilka godzin zajęły nam poprawki i drobne naprawy. W między czasie przybywali kolejni członkowie załogi. Wieczorem wszystko było już gotowe. Wszyscy siedzieli w kojach gotowi do wypłynęcia następnego dnia. Rano dokonaliśmy jeszcze drobnych poprawek. Jeden z załogantów został wysłany na maszt w celu zainstalowania flaglinki do bandery Radomia, naszego Partnera Głównego oraz Henri Lloyda, sponsora wyprawy. Ruszyliśmy ku główkom Świnoujscia. Już tylko odprawa celna i bezkres morza. Pierwsze mile i pierwsze wrażenia. Dla tych, co pierwszy raz są na morzu to pierwsze chwile żeglugi, które na zawsze pozostaną w ich pamięci. Również pierwsze wachty nocne wznieciły silne doznania. Bałtyk, jedno z bardziej ruchliwych mórz świata, powitał nas, jak zawsze, licznymi światełkami. Ci, którzy żeglując do tej pory tylko po sródlądowych akwenach, docenili wreszcie sens znajomości światełek, które niegdyś sprawiały tyle trudności na egzaminie na patent żeglarza jachtowego.

Pierwszy przelot z Trzebieży do Kopenhagi zajął nam niespełna 25 godzin. Na twarzach załogi pojawiło się pierwsze zmęczenie.

Kopenhaga to piękne miasto. Szereg parków, skwerów i wszechobecny spokój. Niskie stare budownictwo zwraca uwagę. Obowiązkowy punkt wycieczki to zmiana warty o 1200 przy zamku królowej Danii "Amalienborg Slot" oraz szereg katedr i kościołów.

Nie mogliśmy jednak ominąć muzeum Carslberga. Spory teren otoczony murem, gdzie znajduje się centrum produkcji najbardziej znanego piwa w Danii.

Około dwóch godzin spędziliśmy w Christiani, w innym świecie. Miasto hippisów, gdzie społeczeństwo wiedzie beztroskie życie. To alternatywa dla tak wysoce rozwiniętego miasta. Christiania to w rzeczywistości sporej wielkosci getto, gdzieś w Kopenhadze, otoczone ogrodzeniem. W środku znajduje się kilka sklepów i barów ewidentnie przeznaczonych dla turystów, choć na turystyczne raczej nie wygladają. Pozostała jej część to drewniane domki, czy chatki, gdzie mieszkają bezdomni i ludzie żyjący tradycją hippisowską. Kiedyś w Christiani tzw. lekkie narkotyki były legalne. Pewien czas temu tego typu używki zdelegalizowano. Istnieje jednak niepisana umowa między Christianią, a rządem i policją. Ci ostatni przymykają oko na handel używkami, jaki się tam odbywa, a bywalcy miasteczka zapewniają spokój i brak powodów do prewencji policji. Tak więc chodząc uliczkami tego magicznego miejsca co chwila czuć słodki zapach palonej marihuany. Dla turystów, którzy stronią od narkotyków, jest przygotowane specjalne piwo z domieszką tej znanej rośliny. Wychodząc z Christiani główną drogą mija się drewniany portal z napisem "Teraz wchodzisz do UE". To rzeczywiście prawda. Świat tutaj cofnął się o kilka dzięsięcioleci.

Każdy żeglarz zachwycał się licznymi kanałami przecinającymi Kopenhagę w zdłuż i w szerz. W każdym tego typu miejscu cumują niezliczone jachty. Najpiękniejsze są te stare, drewniane, które zapewne pamiętają początki zeszłego stulecia.

Następny dzień to rzucenie cum i namiar na Arhus. To pierwszy port The Tall Ships? Races 2007 Baltic. Tu spotykają się wszystkie załogi biorące udział w tegorocznych regatach.

Cały dzień zajęły nam sprawy organizacyjne. Dużo papierkowej roboty, sprostanie wszystkim wymaganiom Sail Training International, odebranie dokumentów i gadżetów dla załogi.

STI ma wysokie wymagania dotyczące bezpieczeństwa, zdecydowanie odbiegające i rozrzeszające te, stosowane w Polsce. Tak więc niektórych wymogów tej międzynarodowej organizacji nie spełnialiśmy. Zakupy w pobliskim sklepie żeglarskim szybko jednak uzupelniły niedobory.

Wieczorem - Crew Party, impreza dla wszystkich załóg. Najlepsza możliwość do poznania innych krajów i kultur. Wszyscy skupieni pod dwoma namiotami. Zabawy, tańce i pieśni do rana. Grupy żeglarzy wielu narodów przekrzykują się w pieśniach, aby za wszelką cenę przebić się w towarzystwie i zaznaczyć swoją obecność na imprezie.

Kolejny dzień to zwiedzanie miasta, a na jachcie walka z zesputymi instalacjami.

Captains dinner to jedna z możliwości spotkania się wszystkich kapitanów. Wykwintny posiłek, deser z brandy i niekończące się rozmowy. Jest to najlepszy sposób na zawarcie nowych znajomości i sprawdzenie kto jest odpowiedzialny za jaki statek.

Ostatni, pełny dzień w Arhus to zwiedzanie. Muzea, m.in. Muzeum Sztuki, Zen Garden, czyli ogród japoński, "stare miasto", park rozrywki Tivoli na wszystkich wywarły wielkie wrażenie.

Koncert Bryan'a Adamsa to jeden z najlepszych sposobów na zakończenie wieczoru.

Koniec pzygody z Arhus na ten rok. Czas wyostrzyć zmysły. Jutro wyruszamy na pierwszy etap regat, którego start przypada na poniedziałek. W klasie "C", a więc w klasie, której płynie Dar Natury, można spotkać cały szereg znakomitych jachtów i kapitanów. Będziemy starać się jednak zając jak najlepsze miejsce. Na pewno nie poddamy się łatwo. Chcemy dumnie reprezentować nasz Klub, Szkołę i Sponsorów.

Tuż za wyjściem z Arhus organizatorzy zaplanowali paradę żagli. Wszystkie żagle miały być postawione. Potęga ilości i wielkości żaglowców miała przytłaczać swoim ciężarem.

Niestety silny wiatr uniemożliwił takie działania. Kapitanowie skierowali zatem swoje jednostki ku linii startu.

Ze względu na korzystne warunki meteorologiczne i dosyć odległy czas początku regat, zaplanowany przez Sail Training International, mogliśmy sobie pozwolić jeszcze na zawinięcie do portu w Malmo w Szwecji. Taki dobowy odpoczynek dobrze zrobi załodze przed etapem regatowym. W końcu przez najbliższe kilka dni nie będziemy schodzić na ląd. To malownicze miasto rozłożone wzdłuż morza przywitało nas ciszą i beztroską. Tu ludzie żyją zdecydowanie wolniej, bez pośpiechu. Wszyscy wydają się być uśmiechnięci i zadowoleni. Ludzi w mieście jest dosyć mało, zdecydowanie mniej niż w polskich miejscowościach.

Następnego dnia wcześnie rano wyruszyliśmy na linię startu. Już z kilku mil widać jak zbiegają się wszystkie żaglówki w jednym miejscu. Robi się ciasno. Najpierw startuje klasa A, tj. największe żaglowce, potem reszta klas. 1145 UTC start naszej klasy, klasy C. Chorągiewka poszła w dół, Race Director wystartował flotę. Nie przyjechaliśmy tu walczyć za wszelką cenę o zwycięstwo. Liczy się przede wszystkim bezpieczeństwo i dobrze spędzony czas. Nie mniej jednak bliskość współzawodników i świadomość brania udziału w międzynarodowych regatach dodaje dreszczyku emocji.

Każdy statek dwa razy dziennie ma za zadanie podawać drogą radiowa swoją pozycję.

W ten sposób ustalane jest miejsce zajmowane w wyścigu. Brane są również pod uwagę przeliczniki przypisane każdemu jachtowi, wyliczane na podstawie pomiarów jednostek, aby choć trochę wyrównać szanse między bardzo różniącymi się jachtami.

Minęło kilka godzin i nadeszły pierwsze wyniki. W pierwszym podsumowaniu zajmowaliśmy 3 miejce w naszej klasie. To bardzo uskrzydliło załogę. Byliśmy tuż za Karfim i Farurejem. Bardzo cieszył nas fakt, iż w klasie C pięć pierwszych załóg to polskie ekipy.

Odłożyliśmy się na Borholm i tak płynęlismy ku celowi. Obok nas płynął ciągle Gaudeamus, bliźniacza jednostka ze Szczecina. Dopiero po przekroczeniu wschodnich brzegów Borholmu nasze jachty się rozstąpiły i poszły rozbieżnymi kursami.

Każdy na swojej wachcie był maksymalnie skupiony. Kapitan nie wiele jest w stanie zrobić bez dobrych sterników, ponieważ każde odstępstwo od kursu kosztuje utratę cennych mil.

Po około dobie płynięcia straciliśmy bezpośrednią łączność z Race Control, której to codzennie mieliśmy podować naszą pozycję. Nie podanie takowej to kilka godzin kary, a to z pewnością zaważy na ostatecznej lokacie w regatach. Dzięki uprzejmości innych jachtów, w tym przede wszystkim Lordowi Nelsonowi, przekazywaliśmy kierownictwu regat wszystkie potrzebne informacje.

Po przekroczeniu Bornholmu odłożyliśmy się na kurs zbliżający nas do brzegów Szwecji. Następnie jednym halsem dostaliśmy się do wód terytorialnych Litwy i Łotwy. Dostaliśmy fordewind i takim kursem brnęliśmy niemalże równolegle do granic naszych wschodnich przyjaciół. Tak bardzo ogólnie zarysowana taktyka była dość ryzykowna. Kapitan jednak zdecydował się na taki manewr licząc na sprawdzenie się swoich i navtexowych prognoz pogody. Był to bardzo trafny wybór.

Ze względu na brak łączności z Race Control nie wiedzieliśmy jaką lokatę obecnie zajmowaliśmy w regatach. Kilkukrotnie inne jachty przekazywały nam jednak rezultaty wyścigu dotyczące naszej jednostki. Byliśmy na początku nadal trzeci, potem szóści i drudzy. Nie wiedzieliśmy jednak jak idzie innym załogom. Nie mieliśmy także informacji na jakich pozycjach się znajdują, a więc jaką taktykę obrały. Mogliśmy się tylko domyślać. Szczególnie brakowało nam informacji jak radzą sobie inne polskie jachty, nie tylko z naszej klasy.

Takie wieści o znakomitym rezultacie w regatach coraz bardziej uskrzydlały załogę. Nie spodziewaliśmy się takich wyników. Do mety jeszcze daleko. Wszystko może się jeszcze zdarzyć. To na końcu popełnia się najwięcej i najbardziej kosztownych błędów. Nie mniej jednak bycie w czołówce stawki jest zdecydowanie bardzo dobrym motywatorem.

Czwarty dzień płynięcia coraz bardziej wdawał się we znaki załodze. Meta z każda chwilą była coraz bliżej. Na kilkadziesiąt mil przed końcem zmagań wiatr znacznie się uspokoił. Log zaczął wskazywać 3-4 węzły, co przy wcześniejszych 7-8 wydawało się być bardzo wolnym tempem. Na noc się jednak rozwiało i pełnym bagsztagiem przekroczyliśmy metę. Ukaefka ciągle nie dawała oznak życia. Kilka godzin wcześniej dwoje z naszych załogantów dostało esemesy od rodzin z informacją, iż o godzinie 1600 UTC znajdowaliśmy się na pierwszej pozycji w klasie. Tak więc końcówka rozgrywki była emocjonująca. Nie wiedzieliśmy czy utrzymamy pozycję. Pierwsze miesce to by była naprawdę wielka radość.

Nie pozostało nic innego, jak odłożyć się po przekroczeniu mety na Tallin i czekać spokojnie na wyniki.

A jednak! Dar Natury pierwszy w swojej klasie. Najmłodszy kapitan w całych regatach oraz w pełni studencka załoga dobrze zaprezentowała się na tych pięknych regatach.

Telefony zaczęły się urywać od gratulacji od rodzin i znajomych.

Taki obrót spraw bardzo podwyższył morale już bardzo zadowolonej załogi.

Chcieliśmy dopłynąć bezpiecznie do mety, a tu zwycięstwo. Jest to bardzo przyjemne uczucie.

To daje nam pewność, że kapitan i załoga sprawdzili się w tym co kochają.

Przed nami 100 milowy przelot do Kotki w Finlandii. Tu czeka nas cztero-dniowy pobyt i wymiana części załogi. Dalej planujemy zatrzymać się w czasie Cruise in the Company w Helsinkach i na Alandach, aby docelowo dotrzeć do Sztokholmu na kolejny etap regatowy.

Zobaczymy co przyniesie ten drugi wyścig. Już teraz wiem, że na pewno damy z siebie znowu wszystko i będziemy bardzo zadowoleni z dobrej lokaty w wyścigu.

Kotka, drugie miasto The Tall Ships' Races Baltic 2007, przywitało Dar Natury ferią barw.

Interesującym i bardzo miłym rozwiązaniem było skupienie wszystkich jednostek klasy C w jednym basenie portowym. W zasięgu kilku kroków mieliśmy przyjaciół z zaprzyjaźnionych jachtów.

Kotka to niewielkie miasto portowe na południu Finlandii o długiej tradycji żeglarskiej.

Najpiękniejsze miejsce to z całą pewnością rozległy park z wodospadem w części centralnej.

Poza tym warto było udać się do pięknego akwarium położonym na północy miasta. Różnorodność gatunków ryb oraz pomysłowość konstrukcji akwariów przyciągały wzrok i pozostały na długo w pamięci.

Żaglowce zwyczajowo cumowały wzdłuż keji. Niestety kilka jednostek, jak drugi co do wielkości jacht świata Kruzensztern, znajdowały się na przeciwległym brzegu. Aby się dostać zatem do nich należało przeprawić się promem.

Załoga Daru Natury najbardziej wspomina rafting, a więc ekstremalne spływanie pontonem po rzece. Pojawiła się adrenalina i emocje. Przeprawa pontonem była bardzo dobrze zorganizowana. Trafiliśmy również na bardzo miłych i doświadczonych sterników.

Drugą atrakcją przygotowaną przez organizatorów Kotki były zawody wiosłowe na 15 osobowych łódkach. W jednej załodze zebrali się załoganci Gaudeamusa, Karfiego i Daru Natury.

Codziennie na różnych jachtach odbywały imprezy. Załoga Daru Natury bawiła się przede wszystkim na Gaudeamusie, Huan de Langarze na Sangria Party oraz w ostatnią noc na burcie własnego jachtu.

Z pewnością miłym akcentem było rozdawanie nagród. Klasa C została zupełnie zdominowana przez polskie jednostki. Trzecie miejsce zajął Nasz Dom, drugie Gwarek, a pierwsze nasza załoga na Darze Natury.

Mimo, iż nie same regaty są najważniejsze na tym wielkim święcie żeglarzy wygrana z pewnością była dodatkową osłodą dla załogi. Duży puchar będzie się bardzo ładnie prezentował w Polsce.

Następny dzień 20 Lipca to wymiana załóg. Wiele godzin zajęły zatem sprawy organizacyjne.

Pakowanie, porządki, sprzątanie i w końcu zaokrętowanie nowej załogi oraz zaprowiantowanie jachtu przedłużały się do wieczora, aby następnego dnia wypłynąć ku brzegom Helsinek.

Stolica Finlandii to piękne miejsce. Bardzo miło spędziliśmy tu czas na zwiedzaniu i zabawie. Odpoczęliśmy też trochę i skierowaliśmy dziób Daru Natury na Marienhamn. Po drodze zachaczyliśmy jeszcze o Hanko, które okazało się bardzo gościnne. Głównym celem pozostawała jednak stolica Alandów. Marienhamn było niesamowite. Piękna pogoda podkreśliła tylko malowniczość wyspy. Miasto, mimo, iż nie znajdowało się wśród 4 głównych portów tegorocznej Operacji Żagiel, było znakomicie zorganizowane na przyjęcie dużej liczby jachtów. Całe miasto było od dawna przygotowywane na przyjęcie tłumu żeglarzy z Tall Shipów. Liczne koncerty, zabawy, zwiedzanie Pommera uatrakcyjniały nam czas. Z pewnością Alandy zostaną na długo zapamiętane przez naszą załogę.

Czas jednak było ruszać do Sztokholmu na wielką imprezę i drugi etap regatowy.

Ta wielka stolica czekała na nas z otwartymi rękami. Miasto jest duże. Przyjechało tu wielu turystów z całej Skandynawii. Atrakcje, jak zwiedzanie różnych parków, czy statku "Waza" były nieocenione. Bardzo miło wspominamy naszych sąsiadów z portu, przy których staliśmy longsiedem w Sztokholmie. To polsko-amerykańska załoga na jachcie "Better Than...". Miło było zobaczyć wpełni regatowy i profesjonalny jacht startujący w największych regatach na całym świecie. Najważniejsza była jednak wspaniała, sympatyczna załoga.

Ten wyglądał podobnie jak poprzedni. Było jednak zdecydowanie ciaśniej. Jachty mijały się w odległości kilku metrów. Były również kolizje. Rywalizacja ujawniła się pełną klasą. Wystartowaliśmy bardzo dobrze. Początkowo większość jachtów z naszej klasy szło bardzo równo. Dar Szczecina i Akela poszły jednak zdecydowanie ostrzej niż my, dlatego też ich akurat szybko straciliśmy ze wzroku. Przez cały czas, od wypłynięcia z Trzebieży mieliśmy problemy ze szczelnością kadłuba. Woda dostawała się do wnętrza przez wymieniony wał śruby. Niestety przeciekało nawet przy nie włączonym silniku. Dlatego też przeważnie 2 razy dziennie wylewaliśmy po około 250 litrów wody. Pompy na Darze były tylko mechaniczne. Dlatego też szybciej było wylewać wodę wiadrami. Stąd też wiemy, ile mniej więcej codziennie dodatkowego balastu musieliśmy się pozbywać. Już pierwszego dnia regat straciliśmy nasz największy żagiel. Ciężka, stara, przegniła i przeszywana wielokrotnie Genua uległa żywiołowi. Niestety wszystkie nasze żagle były już bardzo stare i zniszczone. Najgorzej było z grotem, którego mogliśmy w zasadzie zmienić tylko na trajsel. Bardzo źle pracował, nie było trymlinek, na powierzchni 1/4 powierzchni łopotał nie dając w ogóle napędu. Dlatego też stracenie największej Genui oznaczało bardzo duże straty w regatach. Postawiliśmy zdecydowanie mniejszego sztaksla. Na nasze szczęście wiatr powoli zmagał się Musielibyśmy zatem i tak zmniejszyć powierzchnię żagli.

Kolejnym problemem była ponowna utrata łączności z Race Control. Niestety nie mogliśmy się połączyć również z jakimkolwiek innym jachtem, który mógłby podać naszą pozycję. Po wielu godzinach prób Kapitan zdecydował się zboczyć z wyznaczonej optymalnej trasy regatowej, aby zbliżyć się do brzegów Bornholmu i nawiązać łączność komórkową. Taka taktyka zaskutkowała. Straciliśmy jednak wiele cennych mil. Było jednak warto. Kara, za niezraportowanie pozycji do Race Control była by zdecydowanie bardziej bolesna. Nasze szanse na dobry wynik były bardzo małe. Nie wiedzieliśmy jednak jak małe, gdyż nie posiadaliśmy jakichkolwiek wyników. Najświeższe jakie mieliśmy to te sprzed doby. Od tego czasu mogło zmienić się wszystko. Dopiero na kilka godzin przed metą, kiedy dopłynęliśmy już bliżej Polski dowiedzieliśmy się, że jesteśmy trzeci, potem drudzy. Byliśmy bardzo zaskoczeni takim wynikiem. Choć robiliśmy co mogliśmy, strata największego żagla, głównej siły napędowej jachtu była bardzo widoczna. Taktyka Kapitana sprawdziła się jednak i tym, oraz dobrym sterowaniem nadrobilismy widocznie straty. Przyszłość nie rysowała się jednak tak różowo. Wiatr zdecydowanie osłabł. Właśnie teraz przydałby się duży sztaksel. Co gorsza przy codziennej kotroli stanu technicznego jachtu odkryliśmy mocno naruszony bom. W zasadzie niemalże odpadł już od mocowania do masztu. Trzymał się na ostatnim skrawku spawu i już dawno by odpadł, gdyby nie to, iż wszystko trzymalo się na grocie i fale. W zasadzie już teraz powinniśmy zrzucić żagiel i nie obciążać drzewca. Do mety było jednak już kilkanaście mil, wiatr bardzo słaby, a stracenie kolejnego czasu oddaliłoby szanse na dobre miejsce w wyścigu. Z takich powodów zdecydowaliśmy się na pozostawienie konstrukcji do końca wyścigu. Tuż po przekroczeniiu mety zrzuciliśmy grota i na silniku i foku pomknęliśmy do Świnoujścia.

Zachaczyliśmy jeszcze o Trzebież, aby uzupełnić zapasy paliwa, pierwszy raz od 35 dni i skorzystać z pierwszych od dłuższego czasu prysznicy...

Tak pzygotowani i wypachnieni mogliśmy wejść do portu w Szczecinie, gdzie czekały nasze rodziny, znajomi, kobiety i jakieś pół miliona innych osób...

Wiedzieliśmy, że Polacy potrafią, i że port w Szczecinie przygotuje się znakomicie. Wiedzieliśmy, iż teoretycznie trudno mu konkurować z wielką i bogatą stolicą, jak Sztokholm, oraz innymi wielkimi miastami bogatych krajów. Wiedzieliśmy jednak, że pewnie Polska będzie kultywowała zasadzie "zastaw się, ale postaw się". Realia przerosły jednak nasze oczekiwania. Tak dobrze i mądrze przygotowanego portu i miasta nie można było się spodziewać po żadnym kraju. To co zrobili organizatorzy Szczecina przeszło najśmielsze oczekiwania. Dumnie reprezentowaliśmy Polskę i byliśmy szczęśliwi, że to nasz kraj był zdecydowanie najlepiej przygotowany na tegorocznej Operacji Żagiel, a prawdopodobnie i jednym z najlepiej przygotowanych w historii!!!

Nie da się wymienić wszystkich atrakcji, jakie spotkały nas w Szczecinie. Niektórzy z nas byli tu kolejny raz i niemalże nie poznali maista.

W Amfiteatrze, który zgromadził chyba wszystkie załogi przygotowano wielką fetę i rozdanie szeregu nagród na zakończenie tegorocznej edycji The Tall Ships? Races 2007 Baltic.

Odebraliśmy nagrodę za drugie miejsce w drugim wyścigu. Mimo wielu niepowodzeń udało się jednak zdobyć znakomite miejsce. Dla nas był to chyba większy sukces niż zdobycie pierwszego miejsca w pierwszym wyścigu. Odebralismy również nagrodę za wygranie łącznej klasyfikacji tegorocznych Tallshipów w klasie C. Wygranie zatem całej klasy C w tak prestiżowych regatach dla studentów i bardzo młodego kapitana było zatem czymś wspaniałym i wręcz niewyobrażalnym.

Bardzo szczęśliwi opuszczaliśmy Szczecin, aby udać się ponownie do Trzebieży i porozjeżdżać do domów, dla niektórych (tj. Kamila Smoczyńskiego-Kapitana, Tomasza Piotrowskiego-I Oficera, Karola Wyki-II Oficera i Kuby Kowalskiego-Załoganta I wachty) po 40 dnaich na wodzie. Niektórzy tęsknili już za wodą. Inni liczyli na krótką przerwą od żeglarstwa. Jeszcze inni myśleli już natomiast o tym,że już za kilka dni znowu wypływają na wodę, a 1 Września Klub Morski płynie do Grecji.

Podsumowując nasze 40 dni The Tall Ships' Races 2007 Baltic można wspomnieć o wspaniałej przygodzie, pięknych miejscach, ciekawych ludziach, żeglarskim duchu i znakomitym wyniku zmagań.

2009 Grzegorz Gach | Designed by: Karolina Mostek